|
rzekł osobnik wynurzający się zza drzwi. Zdziwił mnie trochę, bo wcale nie było tak źle, gdzieniegdzie na niebie widać było gwiazdy a w dole migotały światła miast.
3 w nocy. Z ciemnej sali wypełnionej ludźmi, co chwila ktoś wychodził, coraz to kolejne zespoły przemieszczały się do przedsionka przyodziać rynsztunek. Po lekkim śniadaniu zwlekliśmy się i my, dołączając w ciasnym pomieszczeniu do reszty.
Zewnętrzny gore, uprząż, stuptuty, buty, raki, rękawiczki, czekan w dłoń, czołówka na głowę i co tam jeszcze..
Na zewnątrz związaliśmy się liną, można iść.
W oddali, na grani widać było przebłyskujące światełka, którymi po chwili staliśmy się i my: na przodku Kuba, dalej Anka i na końcu Ja. Równy krok, tempo niezłe, ale bez przesady. Idziemy wydeptana ścieżka, w towarzystwie czołówek rozproszonych w mgle. Zupełnie jak bym był na swojskim Harpaganie, tylko jakoś tak bardziej biało dookoła.
Kilkanaście a może kilkadziesiąt minut od wyjścia z nieba zaczyna lecieć biały puch, który po chwili zmienił się w ostre kryształy lodu napędzane silnym wiatrem, przycinające prosto w twarz. Nikt się zbytnio nie przejął, choć tempo tak jakby spadło, zaczęły pojawiać się pauzy w momentach gdy wiatr szalał nie pozwalając postawić następnego kroku. Mimo to „ludzka gąsienica” szła ciągle do góry, do góry, do góry...
Gdy mgła z czarnej zrobiła się szara, a czołówki straciły swą jasność, osiągneliśmy „jakiś” wierzchołek pośredni. Kilka osób stało z mapa, kilka chodziło po okolicy, ktoś siedział przykucnięty osłaniając się od szalejącego wiatru.
Brak śladów. To krótkie stwierdzenie, po wyczerpującej chwili poszukiwania drogi było bardzo bolesne. Nikt nie idzie dalej przy zerowej widoczności, około 15 osób, głównie Francuzi, wszyscy decydują się wracać. Przełykamy gorycz porażki i zawracamy idąc za reszta.
Kilkanaście minut później i kilkaset metrów niżej okazuje się, że nie tylko nie ma śladów do przodu, nie ma także tych naszych, które zostawiliśmy wchodząc, co gorsze, lider chyba nie bardzo wie gdzie idzie, bo doprowadza grupę na krawędź urwiska. Zawracamy z reszta, jednakże Kuba w chwili wściekłości na przewodnika stwierdza że wie gdzie jesteśmy. Kalibruje kompas i w trójkę, oddzielając się obieramy we mgle poprawny kierunek. Chyba poprawny. Niepoprawny. Kolejna kalibracja. No tak, wychodzi, że północ jest teraz południem, kompas zupełnie odjechał. Lekka panika, ale drepczemy w zamieci przed siebie. Mam wrażenie, że krążymy dookoła tego samego miejsca, sygnalizując ten fakt co jakiś czas wrzaskiem. Nic nie widać, brak szans na poprawę, decydujemy się na wykopanie jamy.
Wydziobujemy kolejne kawałki śniegu..
Ściskając czekan nic nie czuję, odciągam rękawiczkę i widzę sine palce. Niemożliwe. Nie ma mowy, odmrozić sobie paluchy na takiej popierdółce? Na takim lajtowym wyjeździe? Przecież każdy wchodzi tu na szczyt.
Chowamy się do wykopanego dołka, zdejmuje rękawiczki, rozsuwam kurtkę i wciskam rękę pod pachą. Anka próbuje się przebrać, Kuba osłania nas plecakami. Jama niewiele pomaga, zaczynają mi drętwieć palce u nóg. Czując postępująca niemoc ruszamy dalej. Wiem, że cały czas krążymy po okolicy, ale nie widząc innego wyjścia, trzeba iść..
Nieokreślony czas później silny wiatr na chwile rozwiewa mgłę, pojawiają się przebłyski. Jakaś tyczka. Na szczycie ściany miga stalowa buda. Vallot. Uratowani. Zaczynamy mozolne podejście na czworaka, wydaje się, że wiatr zdwoił siłę, co rusz ktoś się kładzie od podmuchów. Cholerna ściana daje w kość. Resztkami sił wczołgujemy się do metalowego kibla. Wilgotne koce, resztki jedzenia, śmieci, radiostacja, termometr. W środku komfortowe –3C. Przebieramy się i pod kocami próbujemy się przespać, jednak dreszcze są tak silne, że nie daje rady zasnąć. Leżymy. 2-3h i już wiem, że nocy na pewno nie przetrwamy. Staramy się zmobilizować, tym bardziej, że pogoda zdaje się poprawiać, co chwile odsłaniają się i znikają połacie przestrzeni.
Na czuja dochodzimy na krawędź lodowca trzymając się tyczek które pojawiają się co jakiś czas, dalej trzeba improwizować. Idziemy grania, a przynajmniej tak nam się wydaje docierając do całkiem sporej szczeliny. Powrót, kolejne próby zejścia manewrując wśród szczelin. Kuba znajduje czekan, ja kilkadziesiąt metrów dalej widzę drugi, jednak zdrowy rozsadek i zmęczenie wygrywa.
Pojawiają się pierwsze ślady, widać też tyczkę na końcu lodowca. Jeszcze tylko kilka kilometrów. Gouter, spagetti, sen..
|